Decyzja o wyjeździe na misję rzadko rodzi się nagle. Częściej jest odpowiedzią na ciche poruszenie, które dojrzewa przez lata – w sercu, myślach i codziennych wyborach. Tak było również w przypadku Julii J. i Julii K., fizjoterapeutek i wolontariuszek MISEVI Polska, które zdecydowały się wyjechać na Madagaskar, by tam służyć swoją wiedzą, czasem i obecnością.
W rozmowie opowiadają o drodze, która doprowadziła je na misję, o przygotowaniach, pierwszych wrażeniach, codziennej pracy z pacjentami oraz o radościach i trudnościach, które towarzyszą misyjnej codzienności. To świadectwo nie tylko pracy fizjoterapeutycznej, ale przede wszystkim spotkania z drugim człowiekiem.
Dziewczyny wyjechały do pracy misyjnej na Madagaskarze pod koniec grudnia i spędzą tam trzy miesiące pracując ze Zgromadzeniem Sióstr Małych Misjonarek Miłosierdzia.
Motywacja i decyzja
Co sprawiło, że zdecydowałyście się pojechać na misję na Madagaskar?
Julia J.:
Kiedy byłam na drugim roku studiów, poszłam na spotkanie koła naukowego Fizjoterapii i akurat trafiłam na Martę z MISEVI Polska, która przedstawiała prezentację o tym, jak wyglądał jej wolontariat na Madagaskarze. Zaszczepiło to we mnie silną chęć doświadczenia czegoś takiego i pomocy ludziom tam mieszkającym. Po ukończeniu studiów i zdobyciu doświadczenia zawodowego zaczęłam działać, aby zrealizować to marzenie.
Julia K.:
Misje od zawsze mnie interesowały. Już w liceum dowiedziałam się o wolontariacie misyjnym i wtedy w mojej głowie pojawił się pomysł wyjazdu w trakcie lub po studiach. Bardzo zależało mi na wykorzystaniu umiejętności fizjoterapeutycznych. Kiedy w pracy poznałam Julię i dowiedziałam się, że ma takie samo marzenie jak ja, uznałam, że raźniej będzie nam się formować i wyjechać razem.
Czy pamiętacie moment, w którym zapadła ostateczna decyzja: „jadę”?
Ogólnie pamiętamy, że było to w okolicach maja zeszłego roku, ale miałyśmy takie nastawienie, że dopóki nie zobaczymy biletów lotniczych, to w 100% w to nie uwierzymy. Ostatecznie kupiłyśmy je dopiero w połowie grudnia.
Jak zareagowali bliscy, gdy powiedziałyście im o wyjeździe na misję?
Na początku nasze rodziny podchodziły do tego pomysłu z dystansem, ale widząc nasze rzetelne przygotowania, stopniowo zaczęły się do tej myśli przyzwyczajać. Przyjaciele natomiast od początku bardzo nas wspierali.
Czego najbardziej obawiałyście się przed wylotem?
W dniu wylotu w Warszawie zaczęła się burza śnieżna i bałyśmy się opóźnień lub przełożenia lotu. Martwiłyśmy się też, czy uda się przetransportować cały sprzęt fizjoterapeutyczny, ponieważ część rzeczy była ponadwymiarowa.
Przygotowania i pierwsze wrażenia
Jak wyglądały wasze przygotowania do tej misji?
Były bardzo intensywne i trwały ponad pół roku. Obejmowały spotkania organizacyjne oraz formację z:
- języka francuskiego (raz w tygodniu),
- języka malgaskiego (raz w tygodniu),
- kultury Madagaskaru (około 7 spotkań),
- fizjoterapii na Madagaskarze.
Najtrudniejsze było pogodzenie tych wszystkich zajęć z pracą zawodową i życiem prywatnym.
Jakie było wasze pierwsze wrażenie po przyjeździe na miejsce?
Lądowałyśmy w Antananarywie. Uderzyły nas warunki, w jakich żyją ludzie, ogromna ilość śmieci w rynsztokach i to, jak bardzo życie na wyspie różni się od naszego. Gdy dotarłyśmy do Itaosy, do sióstr zakonnych, poczułyśmy bardzo rodzinną i ciepłą atmosferę, co dało nam poczucie bezpieczeństwa i chęć działania.
Co najbardziej zaskoczyło was w codziennym życiu na Madagaskarze?
Najbardziej ilość ryżu spożywana przez Malgaszy — jedzą go do każdego posiłku. Zaskakujący jest też ruch uliczny: mnóstwo ludzi chodzi wzdłuż dróg i przed samochodami, niektórzy boso ciągną drewniane wozy z ciężkimi ładunkami. W stolicy występują duże korki, czasem stoi się nawet godzinę. Na szczęście czas oczekiwania urozmaicają krowy spacerujące poboczami i ulicami.
Praca na misji
Jak wygląda typowy dzień waszej pracy misyjnej?
W tygodniu wstajemy o 6:20, aby zdążyć na wspólne śniadanie z siostrami. Następnie idziemy około 20 minut do przychodni, gdzie pracujemy z czterema siostrami orionistkami. Od 8:00 do 12:00 przyjmujemy pacjentów, potem jemy obiad i do 15:00 mamy sjestę — zazwyczaj śpimy, bo upał w Miandrivazo jest bardzo męczący. Po południu pracujemy do około 18:00–18:30. Wieczorem wracamy do domu, jemy kolację i przygotowujemy się do snu. Weekendy są spokojniejsze — to czas odpoczynku i nauki języka francuskiego.
Z jakimi problemami zdrowotnymi pacjentów spotkałyście się do tej pory
Miałyśmy do czynienia m.in. z udarami, opóźnionym rozwojem dzieci, złamaniami, problemami ortopedycznymi, tendinopatiami, ostrogami piętowymi, RZS, wodogłowiem, niedożywieniem, nerwobólami, konsekwencjami wypadków komunikacyjnych oraz deformacjami stóp.
Czym różni się praca fizjoterapeutki na misji od pracy w Polsce?
Najbardziej widoczna jest bariera językowa. Próbujemy mówić po malgasku, ale czasem trudno się wzajemnie zrozumieć. Plusem jest nieograniczony czas pracy z pacjentem — same decydujemy, ile czasu poświęcić danej osobie. Pacjenci są wdzięczni, uśmiechnięci i bardzo zaangażowani w terapię, co w Polsce nie zawsze jest normą.
Czy bariera językowa jest wyzwaniem? Jak sobie z nią radzicie?
Tak, jest sporym wyzwaniem. Gdy nie możemy się porozumieć w ważnej kwestii, prosimy siostry o pomoc. Stworzyłyśmy też kartę pacjenta z pytaniami po malgasku, co bardzo ułatwia wywiad medyczny. Ostatecznością jest korzystanie z tłumacza Google.
Jak reagowali pacjenci na waszą obecność?
Pozytywnie, byli nas ciekawi i często się uśmiechali. Pierwszego dnia pracy siostra Hortensja była z nami cały dzień i pomagała w komunikacji. Okazało się, że Malgasze nie są przyzwyczajeni do Europejczyków mówiących po malgasku i potrzebowali tłumaczenia „z malgaskiego na malgaski”, z odpowiednim akcentem.
Czy była historia pacjenta, która szczególnie zapadła wam w pamięć?
Najbardziej wstrząsnęła nami czteroletnia pacjentka, która fizycznie wyglądała jak sześciomiesięczne dziecko i prezentowała umiejętności dwumiesięcznego niemowlęcia. Kilka razy dopytywałyśmy, czy na pewno ma cztery lata.
Co jest dla was najtrudniejsze podczas misji?
Wysokie temperatury, duża wilgotność powietrza oraz tęsknota za bliskimi.
A co daje największe poczucie sensu lub radości?
Świadomość, że możemy realnie pomóc dużej liczbie pacjentów. Każda, nawet najmniejsza poprawa, jest dla nas ogromną radością.
Co powiedziałybyście osobom rozważającym wyjazd na misję?
Nie wahajcie się. To duże przedsięwzięcie, do którego trzeba się dobrze przygotować, ale jednocześnie liczyć się z tym, że zawsze coś może zaskoczyć. Najlepiej pozbyć się oczekiwań, być otwartym na to, co się wydarzy, i odpowiadać na realne potrzeby. To bardzo rozwijające doświadczenie, które polecamy każdemu.







